2017/02/09

MOJA RELACJA Z POBYTU NA MALEDIWACH - NILANDHOO LOKALNA WYSPA, RESORT, BEZLUDNA WYSPA + DUŻO ZDJĘĆ

MOJA RELACJA Z POBYTU NA MALEDIWACH - NILANDHOO LOKALANA WYSPA, RESORT, BEZLUDNA WYSPA + DUŻO ZDJĘĆ

Jedna z moich najbardziej egzotycznych i najpiękniejszych podróży. Tak, tak wiem, za każdym razem tak mówię. Ale teraz to już naprawdę. 10 bajecznych dni na Malediwach. Zapraszam na relację z pobytu. Gdzie byłam, co widziałam, co przeżyłam - moja relacja z pobytu na Malediwach.
W tekście relacja z pobytu na lokalnej wyspie Nilandhoo, w resorcie, w Male oraz na wyspie... bezludnej.

Cel podróży mieliśmy jasno określony, chcemy odpocząć. Raz w roku wybieramy się na tak zwany "urlop lenia" i wtedy to relaks jest najważniejszy. Oczywiście im więcej uda się przy okazji zobaczyć i poznać, tym lepiej. Ale co do zasady ma być bez ciśnienia i na luzie.
To co, zaczynamy.


18.01.2017 - ŚRODA

To wtedy zaczęła się cała przygoda. Gdy o 7 rano powinnam była wyjeżdżać do pracy, to wyjechałam, ale w kierunku Warszawy. I gdy koło 12 normalnie tego dnia byłabym pewnie już po dwóch spotkaniach, dwóch kawach, później jednej melisie i  ktoś pięć razy podniósłby mi dodatkowo ciśnienie, to ja sobie spokojnie dojeżdżałam do Warszawy. I im dalej od Gdańska, tym mniej mnie interesowało co tam się dzieje. No cóż, jak to mówią "nie ma ludzi niezastąpionych" więc dadzą sobie beze mnie radę.

Wiecie ja jestem z tych, którzy wszędzie muszą być przed czasem. Stąd mimo, że lot mieliśmy o 16.30 to ja już zwarta i gotowa zameldowałam się na lotnisku parę minut po godzinie 13, czekając na otwarcie stanowiska odprawy. Za to jak już się odprawię to znikam w czeluściach lotniska i na pokład wchodzę zawsze jako jedna z ostatnich. Za nic nie mogę sobie wytłumaczyć w jakim celu tworzy się ta kolejka przy gate skoro i tak wszyscy mamy już przydzielone miejsca. No nic, nie wszystko na tym świecie muszę rozumieć.

O 16.30 wystartowaliśmy z Warszawy. Tak w ogóle moment startu samolotu to mój ulubiony z całego lotu, to oderwanie się od ziemi jest niesamowite. Pewnie zachłyśnięta tym momentem skusiłam się na Prince Polo z serwisu pokładowego mimo, iż miałam tysiąc pięćset pięćdziesiąte piąte mocne postanowienie, że teraz to już naprawdę rzucam słodycze. No cóż, ten ostatni raz cały czas przede mną.

Gdy w Polsce na zegarkach była 18.30, wylądowaliśmy w Moskwie. Tam już była 20.35. W całym radosnym oczekiwaniu na malediwskie plaże nie ruszały mnie już nawet sklepy wolnocłowe na lotnisku. Paweł za to funkcjonował jak gdyby nigdy nic i poczuł głód stąd wizyta w miejscu jak niżej.  Tak na marginesie, czy Burger King po rosyjsku nie wygląda uroczo?

MOJA RELACJA Z POBYTU NA MALEDIWACH - NILANDHOO LOKALANA WYSPA, RESORT, BEZLUDNA WYSPA + DUŻO ZDJĘĆ

Przed 23 czasu lokalnego grzecznie, bez żadnych zakupów wsiadłam na pokład samolotu. W Polsce wybiła 21 i część z Was zbierała się do snu, dla mnie zaczynał się ośmiogodzinny lot ku rajskiej krainie.
 

19.01.2017 - CZWARTEK

Obudziłam się pewnie gdzieś tam nad Oceanem Indyjskim. Fajnie, nie?

MOJA RELACJA Z POBYTU NA MALEDIWACH - NILANDHOO LOKALANA WYSPA, RESORT, BEZLUDNA WYSPA + DUŻO ZDJĘĆ

Obsługa przyniosła śniadanie, później pilot podał komunikat o 28 stopniach na zewnątrz i nawet bolący kark był już niczym. Człowiek naładowany emocjami podobno nie czuje bólu. O 9.30 wylądowaliśmy w Male.

MOJA RELACJA Z POBYTU NA MALEDIWACH - NILANDHOO LOKALANA WYSPA, RESORT, BEZLUDNA WYSPA + DUŻO ZDJĘĆ

5.30 polskiego czasu, 9.30 lokalnego. Wychodzimy z lotniska i wita nas taki widok... Przyszedł czas przyzwyczaić się, że od tej pory różne odcienie błękitu staną się naszą codziennością.
Jak pisałam Wam w poście z informacjami praktycznymi, jeśli ktoś jeszcze nie czytał odsyłam TUTAJ, lotnisko znajduje się na wyspie obok Male, do samej stolicy Malediwów należy więc dopłynąć. I to również najlepszy moment żeby uświadomić sobie, że teraz jak będziemy chcieli się gdzieś przemieścić to w większości będziemy właśnie pływać.

Promy wodne są powszechne, te łączące lotnisko z Male kursują co około 7 minut, a kurs kosztuje 1 USD. Ano właśnie, na Malediwach obowiązującą walutą jest rupia malediwska, ale praktycznie wszędzie możemy zapłacić również dolarami amerykańskimi i my właśnie tą walutą się posługiwaliśmy. 1 USD = 12,8 MVR chociaż w praktyce zdarzyło się, że w lokalu w Male policzyli nas kursem 1 USD =10 MVR bo oni taki kurs mają i tyle. I co zrobisz? Nic nie zrobisz, płaciliśmy. Płacąc w dolarach resztę jednak otrzymuje się w rupiach więc koniec końców do dyspozycji mieliśmy już obie waluty.

Po dopłynięciu do Male od razu złapaliśmy taksówkę i podjechaliśmy do naszego portu docelowego aby już gdzieś w jego okolicach oczekiwać na motorówkę na Nihlandoo. Taksówkę czyli samochód typu pick-up bo przecież największa frajda to przejażdżka na stojąco, na pace. Rozłożone ręce i okrzyk "jestem królem życia", tak to sobie mniej więcej można wyobrażać. Azjatycki ruch uliczny to prawdziwa magia, nie wiem jak oni się tam wszyscy mieszczą, mijają, wyprzedzają, a nie widziałam podczas naszego pobytu żadnej kolizji. Niemniej od razu przy tej okazji przypomnę o ubezpieczeniu. Jak to mówią, strzeżonego strzeże. Jak już ruszamy na drugi koniec świata to jednak warto o siebie zadbać i nie żałować pieniędzy. Nie znam szczegółów naszej polisy bo tym zajmował się Paweł, wszak między innymi tym zajmuje się na co dzień więc miał chłopak okazję się wykazać. Za to jakby ktoś potrzebował wsparcia w tym zakresie, to ja go mogę polecić i skontaktować w razie potrzeby :)

MOJA RELACJA Z POBYTU NA MALEDIWACH - NILANDHOO LOKALANA WYSPA, RESORT, BEZLUDNA WYSPA + DUŻO ZDJĘĆ

Woda z kokosa. Odtąd stanie się jedną z moich największych atrakcji. Jeszcze w porcie musiałam wypić symboliczną, pierwszą porcję na start mimo, że kosztowała mnie całe 3 USD podczas gdy później każdorazowo płaciłam za nią 1 USD. No cóż, frycowe się płaci.

MOJA RELACJA Z POBYTU NA MALEDIWACH - NILANDHOO LOKALANA WYSPA, RESORT, BEZLUDNA WYSPA + DUŻO ZDJĘĆ

Parę minut przed godziną 13 wypatrzyliśmy naszą motorówkę i weszliśmy na pokład, razem z nami oczywiście mnóstwo lokalsów. I co nas bardzo zaskoczyło, to oni znieśli całą podróż gorzej niż my... Rejs na Nihlandoo trwał 3 godziny i był dość... burzliwy? Tak, myślę, że to dobre słowo. Na oceanie były bardzo silne fale i bujało nas niesamowicie, motorówka co chwila podskakiwała na wodzie, do tego było duszno bo po bokach została zabezpieczona na wypadek wody wlewającej się do środka, a w połowie drogi miejscowi zaczęli wykazywać objawy choroby morskiej. Wesolutko. Ale serio, wierzcie mi, w końcu zaczęliśmy wakacje więc co by się tam człowiek przejmował, a wrażenia niezapomniane.


Gdy dopłynęliśmy na Nihlandoo była godzina 16. Obsługa naszego Guest House już na nas czekała przy brzegu i po wypakowaniu naszych bagaży ruszyliśmy do miejsca, które miało stać się naszym domem na najbliższe kilka dni. Długa to była droga bo przecież wszędzie było trzeba przystanąć, wszystko zobaczyć, zrobić zdjęcia, w międzyczasie jeszcze jakiś film nakręcić.


Magda powitała nas wodą z kokosa. Serio? Znów? A tak na poważnie, to nie mogła lepiej trafić. Wodę z kokosa uwielbiam.


Dokonaliśmy formalności, rozliczyliśmy wszystkie koszty i ruszyliśmy zobaczyć nasze pokoje. Łóżko, szafa, komoda, suszarka, wiatrak, klima, wszystko co niezbędne. Jak się później okazało klima przede wszystkim. Ale, że nie przyjechaliśmy żeby siedzieć w pokojach od razu ruszyliśmy na plażę bo przecież to właśnie w dużej mierze plaże nas tu przygnały.
Sprawdziłam sobie nawet na nagranych wtedy filmach, że na plaży byliśmy dokładnie o 18.45, a na Malediwach słońce zachodzi wcześnie bo już po 18. Także tego dnia zobaczyliśmy niewiele, ale za to jeszcze bardziej rozochociliśmy się na dzień następny.

W nocy obudził mnie straszny hałas. Nie wiedziałam co się dzieje, ale stwierdziłam, że widocznie tak ma być, nakryłam głowę poduszką i spałam dalej. Rano okazało się, że tak intensywnie padał deszcz. W piątek już jednak nie było po nim śladu. No może przemoczone buty, które zostawiliśmy przed wejściem ponieważ obyczaj mówi, że wchodząc do mieszkania, sklepu etc., ściąga się buty. Tak, tak, przy sklepach też zobaczycie buty przed wejściem i należy się do tego stosować. Wychodząc oczywiście zabieramy swoją własną parę :)


20.01.2017 - PIĄTEK

Takim widokiem z okna powitał nas piątek. Ichniejszy piątek to nasza niedziela także zapowiadał się dzień lenia. Nie są np. co do zasady organizowane żadne wycieczki bo miejscowi również odpoczywają. O 8.15 byłam już na nogach bo przecież szkoda spać jak tyle do zobaczenia. W Polsce była 4.15 więc jak widzicie nie miałam żadnych problemów ze zmianą czasu czy w ogóle zmęczeniem po podróży.


Śniadania w Starfish Inn na Nilandhoo można sobie wybierać z karty. Dostępne są cztery różne. Pierwszego dnia podeszłam do sprawy dość ostrożnie decydując się na wersję fit czyli klasyczne płatki na mleku i kanapki. Do tego butelka wody, kawa i świeży sok.


Paweł do razu podszedł do tematu odważnie i zamówił śniadanie lokalne - Mashuni czyli tuńczyk, wymieszany ze świeżym, startym kokosem, sokiem z limonki, cebulą i świeżym listkiem curry, podawany z malediwskim chlebem  czyli naleśnikiem o nazwie roshi, do tego omlet.
Od dnia kolejnego zrobiłam to samo tylko w wersji bez ryba tj. wszystko to samo, ale bez tuńczyka. Na kuchni nie mogli zrozumieć dlaczego, ale przyjęli do wiadomości. Od tej pory codziennie jadłam na śniadanie to samo. To było pyszne!
Królestwo za Mashuni jutro na śniadanie.


Co robi człowiek, który pierwszy raz jest na Malediwach po zjedzeniu śniadania? Oczywiście, że idzie na plażę. Tak dokładnie zrobiliśmy. Tak jak poniżej na zdjęciu wita nas plaża bikini na Nilandhoo, która dedykowana jest dla gości Guest House Starfish Inn.
Dlaczego plaża bikini? Pamiętajcie, że Malediwy to kraj, w którym religię jest islam, niemniej daleko im do Arabów, a bliżej do Hindusów, ale wszelkie ograniczenia wynikające z tej religii są tam przestrzegane. Na lokalnej wyspie, a taką jest Nilandhoo kobiety nie powinny chodzić roznegliżowane, dobrze aby krótkie spodenki nie pokazywały pośladków, a ramiona były zakryte. Stąd też w naszych klasycznych strojach kąpielowych nie powinnyśmy przebywać na plaży miejskiej. Magda ma wydzieloną właśnie plażę bikini dla swoich gości, której lokalni mieszkańcy są świadomi i po prostu tam się nie zapuszczają.


Poza tym spokojnie, nie ma jakiś większych ograniczeń, które miałyby nam życie jakoś specjalnie utrudnić i zepsuć pobyt, bez przesady. Ja po prostu gdy szliśmy na spacer po mieście zakładałam długą spódnicę i brałam chustę żeby narzucić na ramiona, ot tyle.
Podczas wycieczek obowiązuje strój dowolny więc gdy np. rano szliśmy z Guest House do portu aby płynąć do resortu, przeszłam ten kawałek w krótkich spodenkach i nie było to dla nikogo problemem.


Przez większość pobytu plażę mieliśmy praktycznie tylko do naszej dyspozycji. Guest House Magdy to dwa budynki i jak dobrze liczę około 10 pokoi, ilość nas turystów jest więc w jednym czasie ograniczona, część osób jest w tym czasie na różnych wycieczkach, część zwiedza wyspę. Nie ma więc mowy o żadnym tłumie. A z plaży bikini poza klientami Guest House nikt więcej nie korzysta.
Niesamowite uczucie dla człowieka przyzwyczajonego do zatłoczonych bałtyckich plaż.


Tak naprawdę ten pierwszy pobyt na plaży zszedł nam na samych zachwytach, a bo to woda, a bo to niebo, a bo to słońce, a bo to jakieś kolorowe ryby wypatrzyliśmy, a bo brzeg taki długi i można płytko iść i iść, chociaż polecam mieć ze sobą specjalne obuwie do wody. My nauczeni doświadczeniem z kamienistych plaż Malty już takie mieliśmy i bardzo polecamy. Pewny krok w wodzie bez strachu na co się stanie to jednak niewątpliwy komfort.


Krabiki uprzyjemniały nam cały pobyt i zachwytom nad nimi nie było końca. Ci co śledzili na bieżąco mój pobyt na InstaStory pewnie do dziś pamiętają te moje "o krabiki". Później była pierwsza jaszczurka, pierwszy nietoperz. Wszystko takie nowe, inne i tak strasznie intrygujące.


Na plaży jednak nie da się długo wysiedzieć. Mimo, że na piasku, bezpośrednio na słońcu nawet się nie rozkładaliśmy tylko cały czas siedzieliśmy w wodzie to i tak wytrzymaliśmy tylko jakieś dwie, trzy godziny po czym stwierdziliśmy, że idziemy w miasto.
Przy tej okazji, filtry 50 koniecznie. Nawet jak ktoś koniecznie chce się opalić i opala się wolno, bez obaw. Nawet z filtrem słońce da sobie radę, jest bardzo mocne i ochrona jest naprawdę potrzebna żeby nie cierpieć poparzeń przez resztę pobytu.


Jeszcze wtedy gdy pierwszy siadaliśmy na tej ławce nie wiedzieliśmy, że na koniec będziemy ją nazywać "naszą ławką" i oburzy nas gdy któregoś dnia przyjdziemy, a ona będzie zajęta. Bo "nasza ławka" miała te atuty, że była cały czas w cieniu, tzn. należało ją od czasu do czasu przestawiać, ale generalnie cały czas dostęp do cienia miała. Poza tym miała cudowny widok w jedną stronę na ocean, a w przeciwną na drogę miejską, a do tego była pod palmą więc gdy człowiek zadarł głowę do góry to widział błękit nieba i liście palm, no rajsko po prostu.


Tak niespiesznie minął nam piątek.

 
21.01.2017 - SOBOTA

W sobotę jeszcze nienasyceni słońcem ponownie ruszyliśmy na plażę. Byliśmy jednak o tyle lepiej przygotowani, że zabraliśmy parasol. Parasole są dostępne w Guest Housie.


Tego dnia nagrałam chyba najwięcej snapów/InstaStory w mojej historii. Zagadałam wszystkich tych, którzy są ze mną na Snapchat i Instagramie. Dowiedzieliście się, że na lokalnych wyspach nie ma np. alkoholu. No nie ma i koniec. I nikt się nim tam nie interesuje więc nie ma szans żeby dostać coś  spod lady bo on po prostu nie jest w obrębie zainteresowania mieszkańców.
Zdążyłam też trochę opowiedzieć o warunkach życia na Nilandhoo, o których opowiedziała mi w międzyczasie Magda. Że na przykład mieszkańcy nie płacą zupełnie za wodę bo mają studnie głębinowe i korzystają z deszczówki, za to ogromne koszta pochłania energia elektryczna. Mówiłam o śmieciach, które są problemem na Malediwach. No bo śmieci są, a to przecież wyspy i gdzieś te śmieci trzeba składować zanim zostaną odebrane. A koszta transportu śmieci drogą wodną są ogromne przez co łódź-śmieciarka przypływa raz na 3 miesiące. Na Nilandhoo wysypisko jest zaraz przy porcie, może niezbyt miły widok zaraz po tym jak się przypływa, ale za to jest to z przeciwnej strony niż nasza plaża bikini. Powiem wam natomiast, że samo wysypisko jako takie nie było dla mnie jakoś uciążliwe i nie czułam jego zapachu. Same pojedyncze śmieci były zauważalne w różnych miejscach i to również pokazywałam wam na filmach. Prawda jest taka, że na lokalnych wyspach nie ma jeszcze świadomości ekologicznej. Pozwolę sobie wkleić za wpisem, który Magda ma na swoim blogu:

"Jeszcze 10 - 15 lat temu nie było plastikowych butelek, puszek z tuńczyka, przecieru, zupek chinskich. Nie było reklamówek jednorazowych. Nie było tego, co dziś zalało ten malutki kraj. Kiedyś talerzem był liść z bananowska, którego zawijało się wraz z resztkami jedzenia i wyrzucało do oceanu. Do rana nie było już po tym śladu. Wodę czerpało się z jedynej na wyspie studni ze słodką wodą (jest ona do dziś). Łupki z kokosa ułożone jak menaszki, jedna na drugiej, zawieszone na sznurku do kija, niósł lokales na karku. Wszytko było organiczne, więc wszystko rozkładało się bardzo szybko lub nawet nie zdązyło, bo ryby, kraby, nietoperze i wrony juz się za to zabrały. Dziś przyszła cywilizacja. Plastik ohydny i wszechobecny. Szkło. I metal. Nie przyszła tylko wieść o tym, jak się z tym obchodzić. Wszystko, co zjedzone, wypite, ląduje na ziemi, tam, gdzie zostało spożyte. Dosłownie, pod nogi. Nie ma koszy na śmieci, bo nikt nie wie, jak z nich korzystać."

Oni dopiero się uczą, my ich uczymy. My wszyscy, którzy przyjeżdżamy i odwiedzamy ten malutki kraj.

Gdy słońce nawet pod parasolem stało się nie do zniesienia ponownie ruszyliśmy w miasto. Plan był taki aby obejść całą wyspę wokół. Co oczywiście nie było specjalnie trudne bo wyspa ma około 1,2 na 0,7 kilometra.


Proszę, klasyczny strój na spacer po wyspie. Lokalsi zadowoleni bo nie godzę w ich uczucia religijne, ja sama zadowolona bo dobrze się w nim czuję, chociaż ja najczęściej dobrze się ze sobą czuję więc nie jestem obiektywna ;)


Nilandhoo i okolice portu. Tutaj praktycznie każdego dnia wchodzą do portu łodzie, które schodzą z połowów, głównie połowów tuńczyka. Ryby od razu są ważone i trafiają na umiejscowione obok stanowiska patroszenia. Po wypatroszeniu przewożone są kawałek dalej na stanowiska suszenia.








Nie minęło nawet pół godziny naszego spaceru gdy Paweł zaczął narzekać, że mu gorąco. Przyleciał na Malediwy i zaskoczony, że mu gorąco. Cóż było zrobić.


Siedliśmy w cieniu. Takich ławek-hamaków po wyspie rozsianych jest mnóstwo. Oczywiście jak najbardziej możemy sobie z nich korzystać. Nie ma tylko co być zdziwionym jak lokalsi po prostu się do nas dosiądą.


No więc tak sobie siedzieliśmy, aż właśnie nie przyszła grupka miejscowych jak się później okazało aby nazrywać kokosów. To dopiero było dla nas przedstawienie bo cała technika polegała na tym, że jeden z nich obwiązał sobie kostki u nóg chustą tak żeby nogi się nie rozjeżdżały i zaczął wskakiwać/wdrapywać się na drzewo jak małpka. Rany, jakie to było niesamowite. No wiecie, siedzi sobie człowiek na ławce w parku i nagle ktoś podchodzi i zaczyna wdrapywać się na drzewo.
Metoda jednak maksymalnie skuteczna bo po chwili kokosy zaczęły spadać z drzew.

I teraz uwaga, siedzimy tak sobie grzecznie wszystko obserwując gdy podchodzi do nas jeden z mężczyzn i daje nam po naciętym kokosie żebyśmy wodę sobie wypili. Ja oczywiście spanikowana no bo przecież trzeba mu będzie zapłacić, a my pieniędzy nie wzięliśmy przecież wyszliśmy tylko na spacer, ale nie. I to był mój pierwszy błąd. Spaczona jakże słynnym w innych częściach świata "hello, my friend", "my friend, special price for you" i wszechobecną komercją nie pomyślałam nawet, że oni nam to po prostu dają. Ot tak. Bo są dla nas mili. Lekcja pierwsza.
Nie wyobrażacie sobie jak ogromnie miło nam się zrobiło. Cała komunikacja oczywiście odbywała się na migi. Językiem angielskim posługują się tylko niektórzy, głównie młodzi i dzieci, i to w stopniu bardzo ograniczonym.


Tylko, że to jeszcze nie był koniec. Jak wypiliśmy wodę ze środka podeszli do nas żeby zabrać te kokosy. Myślałam, że ot tak po prostu zabrać żeby gdzieś odłożyć, ale nie. Oni nam te kokosy rozcięli, część łupiny nacięli i tym samym z łupiny powstała łyżeczka, którą mogliśmy wyjeść jeszcze miąższ ze środka. Lekcja druga. Jak maksymalnie można wykorzystać jedną rzecz.


Z ciekawostek, wszystkie palmy na wyspie są ponumerowane i każdy numer ma swojego właściciela. Nie ma możliwości aby tak po prostu zabrać sobie kokos, który leży pod palmą bo on ma swojego właściciela, właściwego dla danej palmy.

Okazało się jednak, że tego dnia to jeszcze nie był koniec zaskoczeń. Coś co wspominam do dziś i co jest dla mnie jednym z najpiękniejszych wspomnień, pokazujących jak właśnie wygląda tamto lokalne życie to sytuacja, która miała miejsce chwilę później.
Siedzieliśmy tak sobie dalej na tych naszych hamakach podekscytowani tym jak miło zostaliśmy potraktowani gdy minął nas człowiek z łóżkiem polowym pod pachą, i poduszką... Przeszedł kawałek dalej, rozłożył to łóżko, położył na nim poduszkę i... poszedł spać. Wyobrażacie to sobie? Czy w ogóle wyobrażacie sobie kogoś kto idzie po Gdańsku z łóżkiem i poduszką w ręce po to by rozłożyć je przy jednej z ulic i oddać się drzemce?


Gdy już ochłonęliśmy postanowiliśmy, że nie będziemy przeszkadzać i pójdziemy sobie dalej na spacer po wyspie. Może też trochę potańczymy na plaży.


Później jeszcze miał miejsce mój kolejny pierwszy raz czyli tym razem pierwszy raz widziałam na oczy płaszczkę. W pierwszej chwili myślałam, że to rekin. Nie pytajcie jak można pomylić płaszczkę z rekinem, ale okazuje się, że można. No bo ona tak wystawała co chwila z wody i myślałam, że to grzbiet rekina. No cóż, zdarza się. Chociaż już więcej nie powinno. Wszak w późniejszych dniach już tyle płaszczek widziałam, i rekina też (!), że już pomylić ich nie mam prawa.


Praktycznie nigdy nie fotografuję bezpośrednio ludzi na zdjęciach. Skąd więc to zdjęcie poniżej? Ta dziewczynka, która jest w środku zawołała nas czystym angielskim gdy szliśmy po wyspie, przywitała się i zapytała czy zrobimy jej zdjęcie. A później jeszcze przybiegły kolejne dzieci i również chciały zdjęcie, i kolejne, i kolejne. Nadmienię może bo to istotne, że nie mam Polaroida. Wszystkie zdjęcia zostały ze mną co nie przeszkadzało tym dzieciom i doskonale zdawały sobie z tego sprawę.




22.01.2017 - NIEDZIELA


Na czwarty dzień postanowiliśmy zaznać luksusu i poznać te pocztówkowe Malediwy. Co oznacza ni mniej, ni więcej, że ruszyliśmy na wycieczkę do resortu. Tego typu atrakcje Magda z naszego Guest House ma w swojej ofercie. Cena tej przyjemności to 45 USD za transport i 55 USD dla resortu za wejściówkę, w cenie jest lunch w formie szwedzkiego stołu. Czy warto? Absolutnie tak! I niech potwierdzi to fakt, że później w kolejny dzień postanowiliśmy powtórzyć sobie raz jeszcze tę przyjemność.


Zdecydowaliśmy się na resort Sun Aqua Vilu Reef. 


To jest absolutna bajka. Resort jest po prostu rajem na ziemi, maksymalnie przystosowanym dla wygody człowieka. Czy wiecie, że w resortach nawet mają swój własny czas? Wspominałam wam wyżej, że na Malediwach słońce szybko wstaje, ale i szybko zachodzi bo już o 18. W resortach więc mają swoją strefę czasową + 1 godzina, tak, że później słońce wstaje i później zachodzi, wychodząc z założenia, że rano ludzie i tak śpią, przyjechali przecież odpocząć, a więcej słońca przyda im się wieczorem. Sprytne, nie?


Jeden resort = jedna wyspa. W SUN AQUA VILU REEF 5* domków jest dokładnie 103. W trakcie naszego pobytu obłożenie było prawie na 100%. Czy widzicie na którymkolwiek zdjęciu jakieś tłumy? Nie, bo wszystko jest tak sprytnie poorganizowane, że nikt sobie nie przeszkadza.


Miejsce, które naprawdę warto zobaczyć. Cały czas jesteśmy na Malediwach, ale w zupełnie innym świecie niż na Nilandhoo. Nie lepszym, nie gorszym, innym. I to jest właśnie maksymalnie fascynujące. Jak różnie wyspy mogą funkcjonować. Bardzo polecam żeby porównać te światy, cudowne doświadczenie.











Radość. Po prostu radość. Nie macie pojęcia jaka ja w tamtym momencie byłam spokojna, zrelaksowana i szczęśliwa. Niesamowite uczucie.

Powiem wam poza tym, że to paradoksalnie strasznie inspirujące miejsce. Wydawałoby się, że taki resort rozleniwia, a w moim przypadku wręcz odwrotnie. Jak tak sobie obserwowałam tych ludzi, którzy spędzali w resorcie cały wakacyjny pobyt to uświadomiłam sobie, że da się. Że można pracować, działać, zarabiać, latać na wakacje. Oczywiście to duże uproszczenie, ale chodzi mi o takie poczucie, że jest to do zrobienia, ale trzeba chcieć i przeć do przodu po swoje. Dostałam naprawdę solidnego kopniaka motywacyjnego, którego mam zamiar wykorzystać.


Płaszczki. O nich już było słów kilka wyżej. W resorcie za to napatrzyłam się na nie z bliska. I teraz uwaga, one codziennie, codziennie (!) o godzinie 18 przypływają na karmienie. Tak się cwaniaczki nauczyły.


I jedzą praktycznie z ręki. Oczywiście nie każdy może je sobie ot tak nakarmić, ale fascynujące jest, że dały się na tyle oswoić i na tyle wyuczyły, że regularnie o tej samej porze zjawiają się na karmienie.


Czas powiedzieć "bye, bye" i pożegnać resort. Niedziela powoli zbliża się ku końcowi.



23.01.2017 - PONIEDZIAŁEK

Nie robimy nic. Takie hasło dnia. Poniedziałek postanowiliśmy spędzić na hamaku czytając książki. Przyznacie, że całkiem nie najgorsza perspektywa.


To był właśnie widok, który towarzyszył nam przez cały dzień.
I znów sobie sprawdziłam, że pierwsze filmy tego dnia zaczęłam nagrywać z tego miejsca, które widzicie na zdjęciu powyżej, dokładnie o 11.35 czyli 7.35 czasu polskiego. Niech no ja pomyślę co ja bym robiła o tej porze, w poniedziałek, w kraju... Tymczasem ja nie robiłam nic i to było cudowne.

*Wiecie jakie mam jedno z najpiękniejszych wspomnień z tego dnia? Nauczyłam się pływać na plecach. Poważnie, nigdy nie mogłam tego ogarnąć i pośladki ciągnęły mnie pod wodę. Ale to jeszcze nie jest to najpiękniejsze wspomnienie. Jak tak leżałam sobie na brzegu w wodzie i nagle uświadomiłam sobie, że ja na tej wodzie się unoszę to nie mogłam wyjść z podziwu. Cudowne uczucie. Tylko, że to jeszcze nie wszystko. Unoszę się na wodzie, na wodzie Oceanu Indyjskiego, na jakiejś wyspie, która jest kropką na mapie, na tym oceanie. Uszy mam zakryte wodą więc nie docierają do mnie dźwięki. I tak unoszę się lekko, z zamkniętymi oczami, słońce grzeje, woda chłodzi. Macie pojęcie jakie to jest cudowne uczucie? Mam nadzieję, że nigdy tego jak wtedy się czułam nie zapomnę. Poza tym pamiętajcie, to był poniedziałek. Jeden z najmniej sympatycznych dni w tygodniu, a ja sobie leżę na wodzie i się unoszę. Absolutnie cudowne!



Po jakimś czasie na naszą czytelniczą, ławeczkę przyszło kilka miejscowych kobiet. Z całym prowiantem; z kokosami, jakimiś sosami, wodą. I oczywiście, że nas częstowały! Co chwila dostawaliśmy kolejne kawałki kokosa w jakimś sosie. Do dziś nie wiem co to za sos, ale stwierdziłam, ze dla własnego dobra już nie będę wnikać skoro go zjadłam.
A teraz przyznajcie się. Kto z was kiedykolwiek przysiadł się do jakiegoś obcokrajowca na ławce i podzielił się z nim swoją kanapką?

Jakkolwiek miłe to wspomnienie by nie było, to nie przebiło hitu tamtego dnia, z którego śmieję się do dziś. Otóż w pewnym momencie dziewczyny grzecznie zapytały mnie czy one sobie mogą... z Pawłem selfie zrobić. Matko bossska, z Pawłem, który zdjęć nie znosi. Selfie. Oczywiście, że zrobiły, śmieję się do dziś, że jego zdjęcie gdzieś tam krąży po sieci z hasztagiem #polishboynamalediwach. Później mi też zaproponowały zdjęcie, ale mam teorię, że to przez grzeczność co by mi przykro nie było ;)
 
*bo telefony oczywiście też tam mają. A jakże, i to często bardzo dobre, nowe modele.


Za to dziewczyny z ochotą przejrzały wszystkie moje zdjęcia, które miałam w telefonie. Na coś się one przydały. Pokazałam Gdańsk, Stare Miasto, nasz Bałtyk i śnieg, moje koty. Ale wiecie co wzbudziło największe zainteresowanie? Moja lampa na suficie w pokoju...
Mam nadzieję, że czujecie ten klimat lokalnej wyspy, tych ludzi. To naprawdę świetne doświadczenie, które bardzo polecam.
 

Koło godziny 17 zostawiliśmy naszą ławeczkę bo mój mężczyzna był umówiony na nocny połów. Jak za starych dobrych czasów, ruszał na łowy upolować kolację.
 
* z ciekawostek. Chwilę po tym jak opuściliśmy naszą ławeczkę, dziewczyny zaczęły zajęcia wodnego aerobiku. Poważnie. W swoich strojach, zakrytych włosach jak gdyby nigdy nic ćwiczyły w wodzie. Wcale nie są tak zacofani jak niektórym by się wydawało.


Ja za to poszłam podziwiać zachód słońca, a niebo tego dnia układało się bajecznie.





Wrócił późno ze słowami, że było... pięknie. Nie wierzyłam w to co słyszę. Wiecie, mój Paweł do nazbyt uczuciowych i wrażliwych osób nie należy, a tu nagle zaczyna mi mówić o pięknym rozgwieżdżonym niebie, o łódce w nocy, na środku oceanu... No nie do uwierzenia. Widok musiał być naprawdę zacny skoro tak go poetycko ruszyło. Aż pozazdrościłam, że mi nie było dane tego zobaczyć, ale ja i malutka, bujająca się łódeczka, w nocy, na otwartej wodzie to nie jest najlepsze połączenie.


24.01.2017 - WTOREK

Sam połów musiał być zacny bo chłopakom tak się spodobało, że zdążyli umówić się na kolejny połów na 6 rano we wtorek. Wyobrażacie sobie? On wstał o 5.30 na urlopie żeby wypłynąć na ryby na ocean.

Taki połów jest jedną z wycieczek, które Magda ma w ofercie. Co prawda chłopacy tak się zakumplowali z miejscowymi, że kolejne połowy to już mieli po koleżeńsku, ale jeżeli ktoś kiedyś będzie chciał skorzystać, to jest możliwość.

W ogóle w temacie wycieczek. Na Malediwach nie trzeba oczywiście tylko odpoczywać. W ofercie są właśnie różnego rodzaju wycieczki czy aktywności wodne, co, kto, lubi.

I tak na przykład jest:

  • Snorkeling czyli trzygodzinna wycieczka, na 3 różne rafy kolorowe w okolicy;
  • Nocne snorkowanie kiedy to budzi się zupełnie inne życie podwodne;
  • Sank Bank czyli wycieczka na taką kupkę piasku, po środku oceanu, na której nic nie ma. Tylko wy i wyspa z piachu;
  • BBQ na bezludnej wyspie i o tym za chwilę więcej napiszę bo miałam okazje zakosztować;
  • Nocne i poranne łowienie ryb;
  • Island Hooping czyli wizyta i zwiedzanie trzech okolicznych wysp Magoodhoo, Daranboodhoo i Bileydhoo. Niby takie same, ale każda inna.
 

Po szczegółową listę wycieczek i i ich cennik odsyłam do Magdy, o TUTAJ.



Po zachodzie słońca ruszyliśmy ponownie na miasto, tym razem postanowiliśmy eksplorować je kulinarnie.

 
Na Nihlandoo są 4 kawiarnio - restauracje. Bardzo lokalne, z daleka nawet nie spodziewalibyście się, że tam jest jakaś gastronomia. Po wejściu na próżno szukać menu, są za to witryny, a na nich rozłożone to co akurat dostępne.
Stoły przykryte są ceratami, krzesła plastikowe, czasem nadłamane, a po ścianach ganiają się gekony.
Jeden z tych czterech lokali stał się naszą miejscówką na kolejne wieczory, a roboczo nazwaliśmy go "u szefa". Skąd ta nazwa? Ponieważ za ladą codziennie siedział starszy człowiek, który przyjmował płatności lub skrupulatnie notował coś w zeszycie. Mamy na to dwie teorie, jedna, że na pewno sprzedawał na zeszyt bo spora część lokalsów w ogóle mu nie płaciła, drugie, że ten zeszyt to zapewne od razu pełna księgowość firmy ze wszystkimi przychodami i rozchodami.
 
Z racji, że w lokalu nie było menu najbardziej skorzystał na tych wizytach Paweł bo wszystko co zamawialiśmy musiał najpierw spróbować pod kątem czy nie zawiera mięsa lub ryby. Dla niewtajemniczonych, ja nie jem mięsa i ryb. Porozumieć się z obsługą po angielsku też nie było sposób więc opracowaliśmy po prostu metodę weryfikacji wszystkiego zanim ja to spróbuję zjeść. No i oczywiście, że większość zawierała mięso i ryby.


25.01.2017 - ŚRODA

We środę postanowiliśmy, że wracamy na jeden dzień do resortu. Już bez szalonego biegania z aparatem po całej wyspie bo przecież po poprzednim pobycie czuliśmy się już jak u siebie. Wszystko było znane więc tym razem mogliśmy już tylko odpoczywać.
 
Nie spodziewaliśmy się tylko, że warunki na wodzie będą tak trudne... Bo przecież jesteśmy na wyspie i żeby gdziekolwiek się przemieścić trzeba płynąć. Tego dnia wiało bardzo mocno, tak mocno, że łódź cały czas bujała się na boki, ale tak mocno bujało, że ja spanikowana siadłam w końcu na podłodze łodzi bojąc się, że mnie po prostu wyrzuci. Wiecie, to była taka mała łódeczka z silnikiem, bez żadnych zabezpieczeń na bokach. Dla lokalsów to pewnie najnormalniejsze w świecie, ale ja żałowałam, że nie mam chociaż kapoka. Chociaż powiem wam, że przez cały pobyt nie widziałam nigdy, nigdzie, nikogo na łodzi w kapoku. Podczas całej tej trasy prowadzący naszą łódź odwrócił się do nas, na tył tylko raz. Śmialiśmy się, że jakbyśmy z tej łodzi wypadli to nawet by się nie zorientował. Ale żarty, żartami ostatecznie bezpiecznie dopłynęliśmy na miejsce. Przed nami za to był jeszcze powrót...


To był absolutnie cudowny dzień nic nierobienia. Zachwycałam się już tym wszystkim wyżej relacjonując pierwszy dzień w resorcie więc odpuszczę wam te wszystkie ochy i achy i zostawię was ze zdjęciami.


Jaka opalona, to bardzo często słyszę jeszcze dziś. Przez cały pobyt stosowałam filtry 50 i nie opalałam się w ogóle celowo. To znaczy ani razu nie leżałam plackiem na słońcu. Cała opalenizna to ta, którą złapałam naturalnie; w wodzie czy podczas spacerów. Jak kładłam się żeby poczytać książkę to tylko i wyłącznie w cieniu. Słońce na Malediwach jest naprawdę bardzo mocne.


Droga powrotna z resortu była jeszcze gorsza niż do... Wierzcie mi, dawno się tak nie bałam. Próbowałam usiąść przodem do kierunku, w którym płynęliśmy, ale jak zobaczyłam falę, która zbliżała się na nas to szybko wróciłam na moją podłogę, tyłem do kierunku i siedziałam tak z zamkniętymi oczami trzymając się kurczowo Pawła łydki.
 
Po powrocie z resortu ponownie udaliśmy się zobaczyć co tam w naszej knajpce "u szefa". Wypiliśmy kawę, która akurat smakowała tak sobie bo była bardzo, bardzo słodka i powoli dzień zbliżał się do końca.
Zaczęliśmy odczuwać upływający czas, i że już mniej naszego pobytu niż więcej.


26.01.2017 - CZWARTEK
 
Paweł ponownie wypłynął rano na ryby. Chyba chłopak odkrył swoją nową pasję. Pobudka o 5.30, a podobno tak nie lubi rannego wstawania ;)
 
Hitem tego dnia było jednak co innego - BBQ na bezludnej wyspie. Tak, popłynęliśmy na prawdziwą, najprawdziwszą bezludną wyspę, na której zorganizowano nam piknik.


Niesamowite wiedzieć, że na tej wyspie nie ma nikogo poza nami, nie ma cywilizacji, elektryczności. Jest po prostu wyspa i woda wokół. Oczywiście, że człowiek lekko niedowierza i tam idąc między roślinnością pojawia się dreszczyk czy za chwilę ktoś nie wyskoczy zza krzaków. 





Cała plaża tylko dla nas. Gdzie tam cała plaża, cała wyspa!
Tego dnia niebo było zachmurzone natomiast nie robiło nam to już żadnej różnicy. Temperatura cały czas utrzymywała się w okolicach 30 stopni więc brak bezpośredniego słońca był już nawet atutem.
 




Przygotowanie do ogniska. No bo przecież jak to bezludna wyspa bez ogniska. Za podpałkę robią łupki z kokosa, tylko ognia nie musieliśmy samodzielnie wskrzeszać, to takie małe udogodnienie.


Na piknik przybyliśmy razem z pracownikiem obsługi z naszego Guest House oraz z partnerem Magdy, którzy zadbali o to żeby stworzyć nam iście wyspiarską atmosferę.





W folii czekają na pieczenie moje ziemniaki i gdzieś tam jeszcze powinny być pomidory. Dla reszty będą ryby.





Kokosy. Wyobrażacie sobie tę radość gdy udało się znaleźć dobrego kokosa i mogliśmy go sobie zjeść. Taki nasz własny, samodzielnie zdobyty. Nie tam kupiony w sklepie, ale znaleziony pod najprawdziwszą palmą.


Ryby i ziemniaki już gotowe.


Czas na konsumpcję. Oczywiście pojawiło się też kilka innych produktów, obsługa zadbała o jakiś ryż, surówkę czy chociażby wodę do picia.








Było też coś na deser podane w jakże nietypowy sposób.





A później zainteresowani mogli skorzystać z dodatkowych atrakcji i zejść sprawdzić jak wygląda życie podwodne.





Inni zaś po prostu szli w wodzie najdalej jak się dało aby zobaczyć naszą bezludną wyspę z daleka i obejść ją wokół brodząc w wodzie właśnie.





I przy okazji znaleźć takie cuda właśnie. Muszli z plaży nie należy wynosić, a tym bardziej nie polecam próbowania przewiezienia ich do kraju.


Najpiękniejsze wspomnienie z tego dnia? Chyba sama wyspa jako taka. Wiecie, sam fakt przebywania tam jest tak inny od mojej codzienności, że nacieszyć się tym wszystkim nie można.
Doskonale pamiętam jednak pytanie, które zadał nam wtedy jeden z lokalsów gdy wspomnieliśmy, że nasz pobyt już niedługo dobiega końca. Na co on pyta "A jak się nazywa wasza wyspa? Gdzie wracacie?" Radości nie było końca. Wracamy na wyspę Warszawa :) Zobaczcie jak różną perspektywę świata można mieć w zależności od tego gdzie się urodziliśmy, wychowaliśmy, gdzie żyjemy. Dlatego ja zawsze uważam, że nie ma jednej prawdy, nie ma jednego kanonu piękna bo to zawsze zależy od całego społeczno - kulturalnego otoczenia.


Po powrocie na Nilandhoo znów zostaliśmy chwilę w porcie obserwując powrót łodzi z połowu tuńczyka. Z ciekawostek, wiecie ile tam kosztuje kilogram tuńczyka w skupie? 1 USD. 1 USD za kilogram tuńczyka. Nie mogli uwierzyć jak im powiedzieliśmy, że u nas prawie 2 USD kosztuje puszka o wadze niecałych 200 gram tuńczyka, w której ile jest samego tuńczyka nie wie chyba nikt.


To jednak nie był koniec niespodzianek tego dnia. Ryby, które chłopacy złowili w trakcie rannego połowu miały nam zostać przygotowane na kolację, którą uwaga... mieliśmy zjeść na plaży! Sceneria po prostu bajkowa!
Nie mam niestety zdjęć, które mogłabym Wam pokazać, ale wyobraźcie sobie plażę na Malediwach po zmroku, idziecie w jej kierunku. Przy wejściu, po prawej i lewej stronie palą się pochodnie, przy brzegu również. Między tymi pochodniami stoi stół. Coś absolutnie cudownego! Mam nadzieję, że na długo zapamiętam jak wtedy cudownie się czułam.


Wieczór bez wizyty "u szefa" to jednak żaden wieczór więc zdążyliśmy jeszcze przed snem zaliczyć nasz ulubiony lokal. Tym razem skusiliśmy się na ichniejszy przysmak do picia - rukuraa (mam nadzieję, że nie przekręciłam nazwy), jest to sok z pnia palmy. A w tłumaczeniu na moje, po spróbowaniu, woda z octem, doprawiona solą. Miejscowi się tym zachwycają, ja przepraszam, ale nie dałam rady wypić nawet jednej szklanki. Przypomniało mi się jak kiedyś lata temu w szpitalu poili mnie wodą z solą gdy podejrzewano u mnie zatrucie grzybami... A wierzcie mi, to nie jest miłe wspomnienie.


27.01.2017 - PIĄTEK

Nasz czas na wyspie zaczął kurczyć się jak wełniany sweterek w praniu.


Piątek był spokojny i leniwy, znów dużo czytaliśmy i dużo chodziliśmy po naszej wyspie żeby zapamiętać jej każdy szczegół.
Piątek jak już wyżej pisałam to ichniejsza niedziela. Dzień był więc leniwy dla wszystkich. Nawet nasza ławeczka w cieniu z widokiem na ocean była zajęta. Niesamowite jak człowiek oswaja sobie przestrzeń. Mieliśmy już "swoją ławeczkę".








Piątek był naszym ostatnim dniem na wyspie choć to jeszcze nie był koniec malediwskiej przygody. Następnego dnia rano wyruszaliśmy już do Male.


28.01.2017 - SOBOTA

O 6 rano wypływał nasz prom do Male. Rano zdążyliśmy jeszcze zjeść śniadanie w ogrodzie i przyszło nam się żegnać, żeby około 8.30 powitać stolicę gdzie mieliśmy spędzić sobotę.
 
Prosto z portu pojechaliśmy taksówką do hotelu, który wcześniej rezerwowała nam Magda, zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy w miasto.



Powiem wam tak. Nilandhoo jako lokalna wyspa to jedno, resort to drugie, a Male to trzecie. Te trzy miejsca to za każdym razem inny skrawek Malediwów i bardzo wam rekomenduję taki układ podróży gdzie będziecie mieli możliwość spróbować każdego z nich.

Male to dla mnie uosobienie azjatyckiego miasta, które zawsze chciałam zobaczyć. To ogromna ilość ludzi na ulicach i niesamowity ruch samochodowo - skuterowy.


To ogromny targ owocowo warzywny gdzie od kolorów wiruje w głowie.
A to na zdjęciu to naturalny batonik Bounty. Poważnie. Kokos z daktylami, sama słodycz tylko bez czekolady i zapakowane w zasuszony liść. Coś absolutnie przepysznego! Koszt 1 USD.





To również ogromny targ rybny, jesteśmy przecież na wyspie.





A banany leżą na chodniku.


Ale chyba targ był dla mnie największą atrakcją. Oczywiście dużej części owoców nawet nie znałam i nawet gdy podano mi ich nazwę to niewiele mi to mówiło.








Jest i woda z kokosa, jak mogłoby być inaczej. Tym razem już w ludzkiej cenie 1 USD za porcję.


Z pozdrowieniami z Male!


Byli tam też nasi. No może już coraz mniej nasi, ale jednak z polskimi korzeniami.


Male posiada również bardzo dobrą infrastrukturę plażową. Byłam naprawdę mile zaskoczona gdy trafiliśmy na plażę, a wzdłuż całego terenu było mnóstwo ławek, parasoli, stanowisk do grilla, prysznicy etc.


A teraz uwaga. Na plażę dotarliśmy trochę przed zachodem słońca i gdy tak sobie staliśmy i obserwowaliśmy to wszystko co dzieje się obok nas, podeszła do nas dziewczyna i zapytała czy Paweł nie mógłby zostać ich modelem bo oni właśnie tu mają sesję zdjęciową :) #polishboynamalediwach
Prawdziwą sesję gdzie stała cała grupa fotografujących, z pełnym sprzętem, blendami i na to mój Paweł na ściance z zachodem słońca. No ubaw miałam niesamowity :)) Ciekawe gdzie teraz krążą fotki z jego wizerunkiem.



29.01.2017 - NIEDZIELA

Niedziela była już dla nas czasem powrotu. Po śniadaniu od razu jechaliśmy przeprawić się na lotnisko.
Nasz rozkład lotu wyglądał jak niżej:

Godzina 11.15 Male (MLE) - 18.30 Sheremetyevo (SVO)
Godzina 21.25 Sheremetyevo (SVO) - 21.55 Warsaw Chopin (WAW)

Uwaga, na lotnisku w Male mimo, że odprawialiśmy się od razu na lotnisko docelowe czyli do Warszawy i do Warszawy nadawaliśmy bagaż, bilety otrzymaliśmy tylko na lot do Moskwy. Dopiero po wylądowaniu w Moskwie przekazano nam w jednym z punktów tranzytowych bilety na lot do Warszawy. Przydzielane zupełnie losowo i tak się złożyło, że nie siedzieliśmy już z Pawłem obok siebie. Niemniej to krótki, dwugodzinny lot więc jakoś nie robiło nam to już różnicy. 
 
Lot z Male mimo, że dzienny i raczej nie chciało nam się spać, minął całkiem przyjemnie. Przeczytałam ostatnią książkę, którą jeszcze ze sobą miałam, posłuchałam muzyki i tak zleciało. Nie mam jakiś większych problemów z lotami długodystansowymi, ot trzeba sobie po prostu jakoś czas zorganizować i tyle.



I to by było na tyle, do zobaczenia Malediwy.
To był naprawdę cudowny czas kiedy to udało się naprawdę odpocząć, odciąć od codzienności, doznać tyle nowego. Bardzo się cieszę, że poznaliśmy Malediwy z tak różnych stron i z perspektywy czasu uważam to za świetny układ na pierwszą podróż.
Jeżeli macie jakieś pytania, coś mogłabym podpowiedzieć, dajcie znać w komentarzach albo piszcie na piekniejestzyc@gmail.com Postaram się odpowiedzieć.